Anna Maria Goławska
zima 02
zasypało nas w białoborkach niżnych
na nic nasza ponad setka
mechanicznych koni
igor snuje się po domu
jakby mu odebrało połowę siły
pewnie już jutro najdalej po
ciężkie pługi przywrócą nam
prawa najsilniejszych
ale tej nocy trzymamy się blisko ognia
w niebieskawym świetle palników
kuchnia wygląda jak jaskinia
Chłopcy
Rwaliśmy wiśnie garściami
Taki był przepych
Albo nawet zdobywając drzewa
Bez drabin
Braliśmy zębami wprost z gałęzi
Soczystą czerwień
Hojny był czas
Dla pękatych brzuchów
Oczekujących naczyń
Obszerniały od pełni noce
Sięgając leniwie ku brzemiennym owocami koszom
Coraz to ktoś mokrą pestkę umiejętnie ściśniętą
Puszczał w niebo
Strącając gwiazdę
Syci mieliśmy jeszcze tyle życzeń
***
i ja będę mieć swoje wiersze zebrane
przez ciebie w album zapisanych kartek
z jednym rudym rysunkiem i w pamięć
lubisz porządkować rzeczywistość
zepniesz mnie w okładki skoroszytu
ułożysz chronologicznie
będziesz przywracać ład trochę zły
że znów pomyliłam kolejność dni i godzin
i umarłam przed tobą
sztuka miejsca
gdyby ktoś (może ten reżyser K.)
sfilmował nas jak starzejącym się rankiem
lub wolno raczkującym zmierzchem
idziemy zgasić\ zapalić latarnie
w tej wsi – osiem dusz – ostatniej być może
gdzie takie rzeczy nie dzieją się automatycznie
przede mną dwa psy
czarna przybłęda z ciężarem pięciu
martwo urodzonych szczeniaków
i podpalany chęcią nieskrępowanej wędrówki
podkopywacz płotów sąsiedzki uciekinier
za mną buro-biały niczyj kot miękki poduszkowiec
podbiegający co kilka kroków
pośrodku ja niespodziewanie osadzona w roli współwłaścicielki starego domu
w którym nikt już nie chce mieszkać
ale wciąż wyposażonego w ręczny włącznik światła<
niektórzy uznaliby ten stale ruchomy obraz za realizację
artystycznego zamysłu twórcy
nie codzienną rzeczywistość
i także by się nie mylili
supermarket
mieszkam na przedmieściu
gdzie samochody bez twarzy
zamykają za sobą bramy z „security”
nie znam tu nikogo a pan
jest taki niezmiennie otwarty ciepły
pana wewnętrzne poukładanie
wzbudza poczucie bezpieczeństwa
prowadzi mnie pan od rybiej lodówki
przez pachnące balsamy
ku gorącym ciasteczkom
mogę patrzeć dotykać smakować
pan zostawia czas na decyzję
nie zmusza jedynie zachęca
i coraz to inną rzecz oferuje
niemal za darmo
a przecież nawet uczucia kosztują
ja wiem pana nie stać na stosunki
z wyłącznie jedną kobietą
ale tak chciałabym żeby choć raz
wsunął pan swój czerwony liścik
tylko pod moje drzwi
***
powróciłam do toskańskiego muzeum
tylko po to żeby mógł spojrzeć na mnie
gesu o oczach hinduski
migdałach obwiedzionych grubą czarną kreską
gesu o miodowych mięśniach na smukłych ramionach
gesu z ironią w uśmiechu karminowych (tak) ust
rozpięty przez nieznanego artystę
ze szkoły sieneńskiej
w czternastym wieku na desce krzyża
tylko po to żeby mógł spojrzeć na mnie
jeszcze raz wróciłam do toskańskiego muzeum
ale mi mówią że non esiste
non esiste mi mówią cztery razy wyraźnie
różowy turysta z północnego kraju
wykazuje uprzejmą cierpliwość w obliczu
zupełnego niepojęcia
czuwanie przy zmarłej
tak leżeć kośćmi
na deskach łóżka
w bezwładzie łóżko jest wytrwałe
nóg nie skrzyżuje
nie drgnie nie westchnie
nie jękną skargą zdrewniałe stawy
tak leżeć kopcić
dymem się ciągnąć
w wosku jest niemoc zastygania
nic nie poruszyć
nie wstawać nie wstać
nic się nie stanie
latarnie
latarnie to smukłobiodre panny uliczne
z ciężkim wodogłowiem blasku
który im wygina cienkie szyje
przyprawiają o szaleństwo skrzydlate owady
i zawracają do nieba mżawki
szczebiotliwe nasionka
wychodzą wieczorami w zbyt obcisłych sukienkach
z plamami od rdzy i lepkiej gumy
wyżutej przez podrostków
by przez całą noc po cichu i bez cienia skargi
trzymać złe mrukliwe miasto
na łańcuchach światła